Metoda skoku na bungee w życiu codziennym

Zacznę ten wpis od postawienia pytania. Czy kiedykolwiek w swoim życiu miałeś moment, w którym musiałeś coś zrobić, ale nie mogłeś się do tego zabrać, przygotowywałeś się kilka razy i zastanawiałeś się jak? A z każdą upływającą chwilą było trudniej zacząć? Bo ja tak miałem nie raz, a skacząc na bungee uświadomiłem sobie jak proste jest rozwiązanie tego problemu ;)

 

przed skokiem na bungee

 

Skok na bungee od samego początku wydawał mi się szalony. Moje bardzo rozsądne alter ego ciągle zastanawiało się co będzie, jeśli…? Ale nie słuchałem, pojechałem do Warszawy. Stałem na dole, zadzierałem głowę do góry i patrzyłem na ludzi, którzy wjeżdżają w gondoli, a potem skaczą (albo i nie, bo część będąc już na górze rezygnowała). Nie wydawało się to trudne, przecież niejedno w życiu robiłem, nie raz rzucałem się na głęboką wodę, na pewno dam radę skoczyć. Wjeżdżając ciągle miałem w głowie myśl, że muszę skoczyć od razu, bo jak się zacznę zastanawiać, to nic z tego nie będzie. Wjechałem, pracownik obsługi otworzył bramkę, a ja spojrzałem najpierw przed siebie, a potem w dół. I to co sobie wtedy pomyślałem nie nadaje się do publikacji. Usłyszałem hasło „3, 2, 1, bungee!” i niewiele myśląc zrobiłem krok w nicość. A potem już było, nomen omen, z górki :)

 

Przechodząc do meritum, kiedy skaczesz na bungee, musisz to zrobić szybko. Praktycznie bez namysłu. Każda kolejna sekunda stania na górze utrudnia Ci zadanie. I w życiu codziennym jest tak samo. Musisz pozmywać? Weź naczynia, odkręć wodę i po prostu to zrób. Masz napisać wypracowanie, referat, artykuł? Nie rozglądaj się dookoła, tylko siądź i napisz. Jak to kiedyś śpiewała Anna Jantar – najtrudniejszy pierwszy krok. A potem już będzie tylko łatwiej.

Pamiętam jak przez wiele miesięcy myślałem o założeniu bloga. Zastanawiałem się jak bym go nazwał, co bym pisał, jak by wyglądał. Przynajmniej 2-3 razy w tygodniu wspominałem o blogu swojej narzeczonej, która za każdym razem mi mówiła „a weź go w końcu załóż”. I wiecie co? Miała rację ;) Siadłem, założyłem i była to jedna z lepszych decyzji w życiu.

Idealnie pasuje też tutaj codzienne wstawanie rano. Szczerze się przyznam, że czasem zdarza mi się odstępstwo od tej zasady, ale z reguły staram się jej trzymać (a szczególnie teraz, kiedy już wiem jak to działa). Dzwoni budzik o, załóżmy, 6.30. Musisz wstać. Okropnie ci się nie chce, grawitacja jest niezwykle mocna, poza kołdrą jest strasznie zimno. Ale musisz wstać. Rozwiązanie problemu jest banalnie proste (choć wiem, że w tym konkretnym momencie wcale się takie nie wydaje) – zrób pierwszy krok poza łóżko, idź do łazienki, przemyj twarz i wstaw wodę na kawę. Za parę minut rozbudzisz się całkowicie i wejdziesz w nowy dzień dumny z tego, że udało ci się wstać tak wcześnie.

 

Takich przykładów mógłbym podać jeszcze wiele – praca, nauka, sport, sprzątanie mieszkania. Czy tego chcemy czy nie, są w życiu rzeczy, które zrobić musimy. I najlepiej zrobić je od razu, bez obmyślania specjalnej strategii, rozważania za i przeciw czy zastanawiania się ile dana czynność zajmie. Złapałem się już na tym, że dłużej zastanawiam się ile czasu potrzebuję na daną czynność niż ją finalnie wykonuję. I to jest prawdziwa strata czasu, którego bardzo często tak nam brakuje.

Serio. Spróbuj dzisiaj wykonać coś tą metodą. Być może leżą gdzieś niepozmywane naczynia albo masz projekt, którego deadline się już zbliża. Zacznij robić to co musisz i nie zastanawiaj się długo. A potem będzie już z górki :)