2017 – to był dobry rok!

2017

Lubię koniec roku, bo zawsze jest to czas wszelkiego rodzaju podsumowań. O, na przykład takie Spotify, które zrobiło mi muzyczne podsumowanie 2017 roku. Albo portale tematyczne, które podsumowują najlepsze gry, filmy czy albumy roku. Lubię takie zestawienia, w pewnym sensie cały rok można ogarnąć w ciągu kilku, może kilkunastu minut.

Sobie też robię takie podsumowanie. W zeszłym roku, razem z narzeczoną (wtedy jeszcze nie narzeczoną) spisaliśmy wszystko na kartce i wrzuciliśmy do pudełka z napisem 2016. A zaraz potem wyjęliśmy nowe pudełko i podpisaliśmy 2017. W tym roku, pierwszy raz robię podsumowanie blogowe. Nie wiem czy będzie się czymś różniło od tego na kartce. Może tym, że będę mógł sobie dodać jakieś zdjęcia albo linki. A może tym, że przeczyta je więcej niż 2 osoby.

Wiem natomiast jedno, zresztą jest tak za każdym razem. Zanim siadłem i zacząłem pisać, nie miałem świadomości, że ten rok był aż tak pracowity.

Ale do rzeczy.

 

 

Zacznę od tego, co dla mnie chyba najważniejsze. Otóż w 2017 roku udało mi się spełnić aż 4 marzenia z mojej listy! I wiecie co? Taka lista, a w zasadzie realizacja jej podpunktów naprawdę pozwala mieć ciekawe życie. Krótko podsumowując:

 

Jeździłem stopem w innym kraju.

Czyli, jednym słowem, Majorka. Pierwsza zagraniczna podróż, w którą wybrałem się mając ogarnięte wyłącznie przeloty. I może z noclegami nie wyszło tak dobrze, jak chcieliśmy, ale za to transport ogarnęliśmy wspaniale – pół wyspy objechane wyłącznie autostopem :)

2017 - majorka

 

Byłem na Woodstocku.

A przed wyjazdem trochę się bałem. Bo co, jak mi się nie spodoba? Co, jeśli pojedziemy i wszyscy będą się dobrze bawić, tylko nie ja?
Oj, jak bardzo się myliłem.
Woodstock jest tak cudownym miejscem, że aż chce się wracać. I za każdym razem, jak pomyślę, że prawdopodobnie w 2018 roku nie dam rady jechać, to mi się robi smutno. Ale co przeżyłem w tym roku, to moje i nikt mi tego nie zabierze.

2017 - woodstock

 

Widziałem gejzer na Islandii.

Nie tylko ten gejzer, ale i cała Islandia, to była (jak dotąd) podróż życia. Do tej pory jestem dumny z tego, jak dobrze udało nam się wszystko zaplanować, przewidzieć pewne niedogodności i dać radę w dosyć trudnych warunkach, jakie zaserwowała nam wyspa.
A jeśli ktokolwiek kiedyś zapyta się mnie jakie miejsce na świecie najbardziej mi się podobało, to bez wahania odpowiem, że Islandia :)

2017 - Islandia

 

Skoczyłem na bungee.

Pod koniec roku jeszcze wykorzystałem prezent, który dostałem od narzeczonej na urodziny i pojechałem do Warszawy skoczyć na bungee. Niesamowite doświadczenie, ale powiem Wam szczerze, że przy tym marzeniu mam trochę odmienne zdanie niż przy poprzednich. Chyba bym tego nie powtórzył. Nie wiem czy jeszcze raz zebrałbym w sobie tyle odwagi, żeby skoczyć z tych 90 metrów :)

2017 - bungee

 

 

Jest jeszcze kilka rzeczy, z których jestem dumny i zadowolony, a które nie były wpisane na listę marzeń.

Pierwsza z nich, zdecydowanie najważniejsza, wiąże się z Islandią. Bo to właśnie tam moja dziewczyna przestała być tylko dziewczyną, a stała się moją narzeczoną. Przyjęła moje oświadczyny i od tamtej pory, powolutku, planujemy nasz ślub. I mam nadzieję, że wszystko uda się wspaniale ogarnąć :)

Drugą rzeczą, także istotną, było założenie w czerwcu 2017 tego bloga. Długo się wahałem, zastanawiałem, aż w końcu stwierdziłem, że nie ma co dłużej myśleć, bo przecież zawsze chciałem to zrobić. I nie żałuję. Jestem bardzo zadowolony z tego, że mam swoje miejsce w sieci, gdzie mogę pisać co chcę i kiedy chcę. A jak w dodatku ktoś to przeczyta, skomentuje albo rzuci jakimś lajkiem na Facebooku, to mi się tak cieplutko na serduszku robi. No, dobra, koniec rozczulania się i żebrania o lajki. Jedziemy dalej :)

A wspomnieć chcę o jeszcze jednej rzeczy, z której w tym roku jestem dumny. Od początku października udaje mi się ogarnąć dwa kierunki studiów, pracę, kurs językowy, bloga i mam jeszcze trochę czasu dla siebie albo dla znajomych. Czasem jak tak patrzę w kalendarz, który niekiedy jest dopięty co do minuty, to naprawdę czuję się jak jakiś mistrz ogarniania czasu. A jeszcze warto zaznaczyć, że od miesiąca nie mam samochodu. A i tak daję radę! Może ja powinienem jakieś kursy zacząć prowadzić, może w końcu bym był bogaty? :o

Dodatkowo byłem jeszcze w 2017 roku na lubelskim Carnavale Sztukmistrzów. Byłem na kilku fajnych koncertach. Pomijając Woodstock, to w marcu byłem na koncercie Julii Pietruchy, a w maju, jak były juwenalia widziałem Luxtorpedę, Łonę, Taco Hemingwaya i Tego Typa Mesa. Obejrzałem kilka fajnych filmów i seriali. Zajarałem się fotografią. I ogólnie to byłem w tym roku całkiem szczęśliwy.

 

A Wam jak się udał rok? Mam nadzieję, że jesteście z niego zadowoleni.

 

A korzystając z okazji, to chciałbym też życzyć Wam wszystkiego dobrego w tym nowym, 2018 roku. Niech Wam się wiedzie. I bądźcie szczęśliwi. Tak po prostu :)

  • He he he

    „moja dziewczyna przestała być tylko dziewczyną, a stała się moją narzeczoną”.

    I to jest zdecydowanie najlepsza akcja tego minionego roku… :-)

  • Coś w tym jest, że im więcej masz na głowie, tym bardziej – jak a machnięciem czarodziejskiej różdżki – na wszystko znajdujesz czas i ba, wciąż masz siłę i wolną godzinę na piwo z przyjaciółmi.
    Ogarniałam podobny maraton na studiach (dwa kierunki, praca…) i nigdy nie mogłam narzekać na brak czasu. A teraz? Szkoda gadać ;)

    Dużo sukcesów w 2018 roku!

    • Im więcej ma człowiek obowiązków, tym większą ma motywację do tego, żeby wszystko ogarniać. Tak bym to widział :)

      Dzięki za miłe słowa.
      I również wszystkiego dobrego! :)