Jaki był czerwiec?

Dla mnie czerwiec był strasznie długim i męczącym miesiącem. Fakt, zaczął się całkiem przyjemnie, trochę pobiegałem i nawet dopisałem do sportowego CV małe osiągnięcie. Ale potem zacząłem maraton (i to wcale nie biegowy), który sprawił, że zniknąłem stąd, z Facebook’a, a na Instagramie publikowałem tylko jakieś zdjęcia, żeby zachować ciągłość projektu 365.

Co takiego się u mnie działo?

 

Otóż.

Po pierwsze.

I najważniejsze.

 

Jestem magistrem!

Serio. 25 czerwca miałem egzamin dyplomowy i zostałem magistrem z oceną 4,5 na dyplomie. Biorąc pod uwagę moje dosyć, hmmm, mało zaangażowane podejście do pracy magisterskiej, to traktuję to jako niebywały sukces. 

Ale właśnie ta obrona była głównym powodem mojego zniknięcia. Bo dowiedziałem się o terminie jakoś 12 czerwca, nie mając jeszcze wstępu, zakończenia, bibliografii, a wszystkie rozdziały wymagały jeszcze sporych poprawek. Miałem więc dwa tygodnie na ogarnięcie zarówno pracy, jak i wszelkich formalności związanych z obroną. Było sporo nerwów, stresu, biegania z jednego miejsca do drugiego, myśli o tym żeby to wszystko rzucić w cholerę, a na koniec duuuużo nauki do egzaminu. Ale się udało. Obroniłem się, a zaraz po tym… pobiegłem na drugi wydział, bo dwie godziny później miałem egzamin na turystyce :D

No tak. Bo w dniu mojej obrony zaczęła się sesja, więc miałem dwa tygodnie egzaminów prawie, że dzień po dniu. Ale to też już (prawie – bo zależy kiedy to czytasz) za mną, 6 lipca ostatni.

A co potem?

To może płynnie przejdę do planów na najbliższy czas. Otóż, zaraz po sesji śmigam na Śląsk, na weselicho znajomków, potem wracam do domu się pakować i 10 lipca lecę do Portugalii. I z tego wyjazdu będę chciał wycisnąć dla Was (i dla siebie w sumie też) jak najwięcej. Nie wiem ile praktycznie mi się uda zobaczyć i poznać, bo w końcu lecę tam na praktyki i nie wiem, jak do końca będą one wyglądały. Nie mam aktualnie pojęcia ile czasu będę spędzał w Torre de Menagem, gdzie praktyki odbywam, a ile będę miał go dla siebie. Wiem natomiast na pewno, że o tym, co u mnie i jak to dokładnie wszystko wygląda, będę dużo mówił na Insta StoriesFacebooku. Także tych, którzy mnie jeszcze nie obserwują w mediach społecznościowych, serdecznie do tego zachęcam.

Nie nalegam.

Zachęcam :)

 

To jeszcze powiem co, poza magisterką i sesją, się w czerwcu działo.

Wiele tego nie było.

Jeśli chodzi o bieganie, to na początku czerwca biegłem jeszcze w Biegu o Puchar JM Rektora UMCS i zająłem tam 7 miejsce. To o tym pisałem na początku, bo traktuję to jako mały sukces sportowy. No i mogłem się sprawdzić na, niecodziennym dla mnie, dystansie 1500m :)
Kilka dni później było jeszcze Chęć na Pięć, które tym razem odbyło się na leśnych ścieżkach. W sumie pierwszy raz biegałem w lesie, więc to też było ciekawe doświadczenie. Życiówki nie zrobiłem, ale liczy się start :)

czerwiec - medal z biegu o Puchar JM Rektora UMCS

Jeszcze jedna miła rzecz miała miejsce w czerwcu.

Byłem na spotkaniu z Karolem i Olą z Busem Przez Świat. Poopowiadali trochę o backstage’u wyprawy przez USA, Kanadę i Alaskę. I ja nie wiem, jak oni to robią, ale po nieco ponad godzinnym spotkaniu miałem ochotę od razu spakować plecak i wyruszyć przed siebie. Tylko, kurczę, to było o miesiąc za wcześnie ;)

czerwiec - bus ekipy Busem Przez Świat

 

Jeśli chodzi o to, co widziałem i czytałem w czerwcu, to nie ma tego wiele.

No chyba, że liczy się historia energetyki jądrowej albo lubelskiej prasy ogólnoinformacyjnej.

Ale to mało interesujące, uwierzcie :)

Widziałem za to dwa filmy. Jeden na początku, drugi na końcu miesiąca.

Gran Torino. To na samym początku czerwca. Wtedy dotarło do mnie, że to jeden z tych klasyków, których jeszcze nie widziałem. I to w sumie dobrze się złożyło, bo mogłem pozachwycać się kunsztem aktorskim Clinta Eastwooda. Tak po raz pierwszy. Bo za drugim razem to już nie to samo. A sam film polecam, o ile jest jeszcze ktoś, kto go nie widział ;)

A pod koniec miesiąca obejrzałem sobie islandzki thriller Pamiętam Cię. Film był niezły. To słowo najlepiej oddaje mój stosunek do niego. Przepiękne krajobrazy Islandii, klimat wyspy, który idealnie pasuje do thrillera, ale fabuła już taka sobie. Nie wiem czy to ja nieuważnie oglądałem, czy po prostu tak było, ale miałem wrażenie, że niektóre wątki urywały się w połowie i nie były wyjaśnione. Pozostawiło to lekki niesmak, ale poza tym film niezły. Tak po prostu ;)

 

I to chyba tyle z czerwca. Teraz lipiec i coś czuję, że to będzie spektakularny miesiąc. Jak tak sobie o nim myślę, to aż mnie ciarki przechodzą :)

No i mam nadzieję, że Wasze plany wakacyjne są równie ciekawe. O ile nie ciekawsze, a co!

Wszystkiego dobrego! :)