Jaki był maj?

Maj - Lwów nocą

Maj. Gdy trwał, nie zdawałem sobie sprawy, jak intensywnym miesiącem był maj. Dopiero teraz, kiedy na spokojnie siadłem, otworzyłem kalendarz, przejrzałem to, co zrobiłem i co miałem zaplanowane dotarło do mnie, że to był niezwykle szalony i produktywny miesiąc. Rywalizować z nim, jak dotąd, może chyba tylko marzec, bo tam też się sporo działo, przynajmniej na początku.

 

Ale do rzeczy.

 

Czas podsumować, jaki był maj.

 

Zaczął się od weekendu majowego, który postanowiłem poświęcić na zwiedzanie Lublina. W ramach akcji, która nazywa się Sezon Lublin, a polega na udostępnieniu za darmo niektórych ciekawych miejsc w mieście, miałem możliwość odwiedzenia dwóch muzeów. Muzeum Cebularza oraz Muzeum Wsi Lubelskiej. Wszystko na temat tych miejsc znajdziecie we wpisie opublikowanym jakiś czas temu na blogu :) 

 

Lublin - Muzeum Wsi Lubelskiej

 

Jeśli mówimy o maju, myślimy o juwenaliach. A przynajmniej jest tak, jeśli jesteśmy studentami. No, albo mieszkamy gdzieś w pobliżu uczelni/miasteczka akademickiego, bo wtedy, nawet jeśli siedzimy w domu, to i tak rykoszetem juwenalia w nas trafiają :D
Ja wciąż jestem studentem, więc o juwenaliach myślałem już kilka tygodni wcześniej. Kto mnie zna, ten wie, że nie chodzi mi tu o imprezy czy lejący się strumieniami alkohol. O nie, nie. Mnie chodzi o koncerty. A w Lublinie w maju jest ich mnóstwo. Bo biorąc pod uwagę, że znajduje się tutaj jakieś 5 uczelni, przy czym każda chce zorganizować swoją imprezę, to juwenalia trwają tutaj cały miesiąc :)
Z uwagi na niektóre obowiązki, których nie dało się uniknąć, nie byłem na wszystkich koncertach, na których chciałem. Ale i tak udało mi się zobaczyć sporo ciekawych. Brathanki, Poparzeni Kawą Trzy, Nocny Kochanek, Otsochodzi, Małpa, DonGuralEsko, Zeus, Ten Typ Mes, Quebonafide, Dwa Sławy i na koniec O.S.T.R.  Wygląda to trochę jak lineup całkiem dobrego festiwalu, a to tylko maj w Lublinie :D

 

W maju udało mi się także gdzieś wyjechać. Może nie daleko, może nie spektakularnie, ale mnie ten wyjazd nastroił bardzo pozytywnie na następne tygodnie. Pojechałem na 5 dni do Lwowa, gdzie mogłem pozwiedzać, pojeść, popić i po prostu odpocząć. 
Wyjazd był prawie w 100% udany. Byłoby to 100% gdyby nie moja pomyłka, która od tamtej pory kurczowo się mnie trzyma i jest mi wypominana. Mowa tu oczywiście o Operze Lwowskiej, pisałem Wam na Facebook’u :)

 

maj - fail z operą

 

O mojej organizacji czasu można mówić teraz wiele złego, ale o Lwowie się nie da. Naprawdę, to miasto jest tak cudowne, że nie chciało mi się wracać. Okej, są takie rzeczy, które mnie denerwowały i, na przykład, kiedy już w Lublinie wsiadłem do autobusu a nie ledwie jeżdżącej marszrutki, to doceniłem to co mam. Ale Lwów to nie tylko komunikacja miejska, to także przepiękne kamienice, zabytki, mnóstwo cudownych restauracji i kawiarni albo po prostu takich miejsc, w których człowiek się czuje dobrze. Tak po prostu. A do tego jeszcze ludzie, którzy są tam naprawdę bardzo przyjaźnie nastawieni. Nie tylko do turystów, ale także do siebie.
Ze Lwowa nie ma jeszcze zbyt wiele na blogu, w zasadzie to jest tylko jeden post – ten o dojeździe. Mam w planach jeszcze kilka, do tego dorzucę jeszcze coś o Lublinie, zanim z niego wyjadę.

 

maj - lwów, pałac potockich Maj - Lwów nocą

 

 

Ale potrzebowałem tej drugiej połowy maja na ogarnięcie studiów. Musiałem siąść w końcu do magisterki, a żeby zacząć pisać, musiałem najpierw spędzić trochę czasu w bibliotece i poszukać materiałów. A potem pisałem. W zasadzie, to piszę dalej, jest nawet spore prawdopodobieństwo, że teraz, jak to czytasz, to ja piszę jakieś zdanie w magisterce. 
Muszę się spiąć, żeby obronić się przed wyjazdem na praktyki. O właśnie, bo ja nie pisałem tego nigdzie.

To macie, exclusive info dla tych, którzy czytają bloga – jadę na dwa miesiące praktyk do Guardy w Portugalii. 

No. I wylatuję 10 lipca. A 7 lipca wybieram się na wesele. Więc muszę wszystko ogarnąć do, maksymalnie, 6 lipca. No i trochę się spiąłem i jest szansa. Mała, ale zawsze jest :D
No a do tego pisania magisterki jeszcze doszły mi pierwsze egzaminy, na obu kierunkach, a do tego jeszcze różne prezentacje zaliczeniowe. No i tak się złożyło, że ostatnio mało czasu mam jakoś. Dobrze, ze w tym Lwowie byłem i akumulatory naładowałem, bo inaczej to kiepsko by było :)

 

A na koniec zostawiam swoje największe majowe osiągnięcie. Przebiegłem półmaraton. 4 Siebiega Półmaraton Kielecki. Oj, nie było łatwo. Dosyć górzysta trasa, słońce grzejące jak w Afryce, a na trasie było mniej cienia niż na początku zakładałem. Ale dałem radę przebiec te 21 kilometrów w… no właśnie, nie wiem do końca z jakim czasem. Bo mam dwa źródła i oba są wiarygodne. Czas, który podawałem już na Facebooku i Instagramie, czyli 1:56:11 miałem z Endomondo. A z kolei według wyników mierzonych przez organizatorów miałem 2:00:25. Może i to niewielka różnica, ale przez to nie jestem do końca pewien, czy złamałem 2 godziny. No cóż. Będę musiał pobiec jeszcze raz, tak żeby się upewnić :)

 

Maj - po półmaratonie

 

Pora jeszcze na trochę kultury, czyli co tam w maju widziałem i czytałem.

Zacznę od serialu, którego wyjątkowo nie polecam. The Rain. Duński serial zrealizowany przez Netflixa skusił mnie wizją postapokaliptycznego świata i walki o przetrwanie. I miało być pięknie. A wyszło tak, że mam nadzieję, że to tylko wypadek przy pracy i Netflix nie zacznie się psuć. Nie będę zdradzał fabuły, a tym bardziej zakończenia, bo może znajdą się tacy, co to jednak będą chcieli The Rain obejrzeć. Ale ja nie polecam, zawiodłem się.

Z filmami było lepiej. Znacznie lepiej. Obejrzałem 3, wszystkie pod koniec miesiąca, bo dopiero wtedy miałem chwilkę czasu.

Deadpool 2. No musiałem iść do kina. To już taki nasz kielecki rytuał. I musiałem tak to wszsytko zorganizować, żeby przyjechać do Kielc i mieć jeszcze czas iść do kina. A było warto, bo film jest świetny. Nawet nie wiem czy nie lepszy niż pierwsza część. Trochę długo się rozkręcał, początek nawet zaczął mnie nużyć, ale to była tylko cisza przed burzą. Śmiechłem srogo. Aż bym sobie obejrzał jeszcze raz :)

Drugi film to Morderstwo w Orient Expressie. I tu się troszkę zawiodłem, choć nie bardzo, bo i tak się nie spodziewałem kina wysokich lotów. Obejrzałem sobie w busie, jadąc do Lublina i miło spędziłem czas. A o to mi chodziło. Ciekawa historia, bardzo dobra charakteryzacja, ale żeby się zagłębić we wszystkie wątki fabularne, chyba lepiej przeczytać książkę :)

No i na koniec zostawiam najlepsze – Najlepszy. Cudowny film o tym, że jak człowiek chce i się uprze, to może wszystko osiągnąć. Być może podobał mi się tak bardzo, bo dotyczy, między innymi biegania, konkretnie trathlonu, ale oglądałem z zapartym tchem, więc nie mogę nie polecić :)

 

No to jeszcze książka. Jedna. Drugą już kończę, ale zostało mi kilkadziesiąt stron, więc będzie dopiero w czerwcowym poście.

A ta z maja to Busem Przez Świat. Ameryka za 8 dolarów. Serio. Do tej pory nie czytałem żadnej ich książki. Bloga znam od podszewki, vlogi i filmy oglądam praktycznie wszystkie, a za książkę zabrałem się dopiero teraz. Żałuję, że tak późno. Bo jest świetna. Jest tak fajnie napisana, że człowiek czytając ma wrażenie, że jest członkiem ekipy, uczestnikiem tych wydarzeń, a to, co napisane, to w zasadzie jego wspomnienia. Mnóstwo informacji praktycznych, ciekawostek, porad i anegdot. Zdecydowanie polecam :)

 

I to by było na tyle, jeśli chodzi o maj. Przede mną czerwiec, który prawdopodobnie będzie miesiącem ciężkiej pracy. Ale to wszystko po to, żeby 10 lipca móc polecieć do tej Portugalii i, fakt, tam też trochę pracować, ale to jednak będzie zupełnie inne uczucie :)

Życzę sobie i Wam, żeby wszystko się w czerwcu udało.

Powodzenia! :)